My, pokolenie lat 80-tych

Przez większość życia zmuszałam siebie do grania ról, udawania zadowolenia. Tak trzeba, powtarzałam sobie i to nawet wtedy gdy czułam, że nie jest to dla mnie dobre. Nauczona odpuszczania i ustępowania do dzisiaj trudno radzę sobie z asertywnością, w której ćwiczenie wkładam ostatnio sporo energii. O innych umiałam się bić od zawsze, za to siebie? – pozostawiałam gdzieś na szarym końcu. Dlaczego? Ponieważ wszelkie objawy zdrowego egoizmu potrafiłam w sekundzie stłumić wyrzutami sumienia i skarcić się za myślenie o sobie.

Reklamy

Urodziłam się w latach osiemdziesiątych. Mieszkałyśmy z mamą, babcią i ciocią w małym M3 w bloku z wielkiej płyty. Mam różne wspomnienia z dzieciństwa: urywki piosenek Zbigniewa Wodeckiego i Zdzisławy Sośnickiej w „Koncercie życzeń”, Tony Halik i Elżbieta Dzikowska z „Pieprz i Wanilia”, pierwsze radio ze wzmacniaczem i melodię „I’m Bad” Michaela Jacksona. Zapach wakacji, szum morza, smak brudnych jabłek z „grandy”, potargana wyjściowa sukienka i buty z plastiku utopione w krowim placku na łące. Byliśmy zwykłymi dziećmi, nie mieliśmy własnych pieniędzy, smartfonów, komputerów, telewizorów czy game boxów. Ba, nawet sami byliśmy pilotami do czarno-białych telewizorów. Babcia krzyczała z wersalki: Aga przełącz kanał na dwójkę! I cóż było robić, przełączałam, nawet kilka razy pod rząd. Na „Niewolnicę Izaurę” pustoszały wszystkie alejki i place zabaw….. Takie to były dziwne czasy…….
Nie mieliśmy kart kredytowych, galerii handlowych, ani nawet internetu, nie robiliśmy selfie, ani instastory, nie pisaliśmy blogów, co najwyżej zwierzaliśmy się z miłosnych zawodów w skoroszycie o szarych, makulaturowych kartkach, chowanych pod poduszką. Piliśmy oranżadę z warzywniaka w woreczku, w który wkładało się słomkę, rarytasem były gumy Donalds, a fast foodami dmuchany ryż i prażynki ziemniaczane. Nikt z nas wtedy nie liczył kalorii, ani nie analizował składów. Za to mieliśmy siebie, mieliśmy czas, mieliśmy marzenia. Wakacje spędzałam w zakomarzonym lesie w domku z dykty bez ubikacji, a szczczytem moich marzeń była Barbie z Pewexu, trampki z czechosłowacji i paletka do batmingtona 😊 koniecznie czarna.
Oprócz nostalgii, która czuję na wspomnienie wszystkiego powyższego niestety w pamięci mam również rzeczy, które w dzieciństwie traktowałam jak konieczność, prawo, zasadę, a dzisiaj z politowaniem kiwam głową i wzdrygam się na samą myśl. Otóż wpajano nam pewnego rodzaju bezkompromisową „karność” i zależność wobec dorosłych, przełożonych, nauczycieli etc. Nie wolno nam było mieć własnego zdania, (zwłaszcza odmiennego), dyskutować, podważać autorytetu, zadawać trudnych pytań, Broń Boże śmiać się, wiedzieć więcej, analizować i podejmować samodzielnie decyzje. Generalnie co do zasady wszyscy dorośli mieli rację i to tak zupełnie bez logicznego wytłumaczenia. Tak, bo tak…. Wiedzieli co dla nas jest najlepsze. Najważniejsza była punktualność, stopnie w szkole, zdobyty dyplomy i skończone uczelnie, które definiowano jako sukces lub jego brak. Nikt nie interesował się za bardzo tym kim jesteśmy, jakie są nasze uczucia i czego tak naprawdę chcemy. A my? Genialnie graliśmy wyznaczone nam rolę.

andrei-lazarev-706912-unsplash
Będąc już dorosłą, dojrzałą kobietą posiadająca własne dzieci wreszcie wyraźnie dostrzegłam jaki wpływ wywarło na mnie takie wychowanie i jak do dzisiaj wyryte w mojej świadomości zasady potrafią determinować moje wybory, postawy, zachowania, a nawet uczucia i to często nieświadomie.
Przez większość życia zmuszałam siebie do grania ról i udawania zadowolenia. Tak trzeba, powtarzałam sobie i to nawet wtedy gdy czułam, że nie jest to dla mnie dobre. Nauczona odpuszczania i ustępowania do dzisiaj trudno radzę sobie z asertywnością, w której ćwiczenie wkładam ostatnio sporo energii. O innych umiałam się bić od zawsze, za to siebie? – pozostawiałam gdzieś na szarym końcu. Dlaczego? Ponieważ wszelkie objawy zdrowego egoizmu potrafiłam w sekundzie stłumić wyrzutami sumienia i skarcić się za myślenie o sobie.
Życie pokazało mi jak potężna i niszczycielka jest to maszyna… stworzona do destrukcji, bo spełnianie oczekiwań jest niczym noszenie za małych butów. Uwierają Cię, krew się leje ale dalej wciskasz je na nogi. Deformują Ci stopę i spowalniają chodzenie, ale uparcie wciąż je nosisz….Tylko po co?
Jakiś czas temu Ania napisała tekst o mądrym rodzicielstwie, o dawaniu marginesu na błędy, o samodzielności i decyzjach, których konsekwencje ponosi jedynie ten, który je podjął. I wiecie co? Właśnie tego w latach mojego dzieciństwa mi brakowało.

W czasie, kiedy zdawałam egzamin do szkoły średniej, mama nie pozwoliła mi iść do technikum bo chciała koniecznie żebym skończyła liceum. No to skończyłam i zdałam maturę. Później musiałam podjąć ważną dla siebie decyzję – co dalej? Zasadniczo nie wiedziałam i wybór padł trochę na chybił-trafił. Poszłam na studia – szalenie modne wówczas „zarządzanie”. Masa ludzi wtedy chciała zarządzać lub coś reklamować. Skończyłam najpierw studia licencjackie, a później magisterkę. Fajne to były czasy, jednak żyliśmy od egzaminu do egzaminu. I nadal trochę bez celu.

priscilla-du-preez-234138-unsplash

Pierwsze rozczarowanie przyszło tuż po odebraniu dyplomu. Wyszliśmy na rynek pracy, z dumnymi tytułami, ale nie umiejąc praktycznie nic. Bez poczucia, co chcemy robić i kim naprawdę być. Nikt nas nigdy o to nie zapytał. W moim rodzinnym mieście żartowano, ze jak rzucisz kamieniem, to na pewno trafisz w k…ę lub magistra.

Kiedy po raz pierwszy weszliśmy na rynek pracy, okazało się że nikt nie chce nas zatrudnić, ani nam godziwie zapłacić. Przeszłam przez staże, umowy śmieciowe i dziwne kawałki etatów. Moja pierwsza pracodawczyni koncertowo z uśmiechem na ustach robiła mnie w balona. Przez długi czas bałam się odezwać. Dużo ode mnie starsza kobieta, z pozycji szefa ciągle wymyślała nierealne plany, oczekiwała poświęceniu i wiecznie powtarzała, że traktuje mnie jak własną „córkę”. Justynie, która pracowała przede mną mówiła to samo, a później jak skończył się płatny z UP staż wysłała na urlop, a następnie pod byle pretekstem – zakończyła współpracę. Nigdy nie zapomnę tego dnia kiedy dała mi do ręki ulotki i kazała rozdawać ludziom na przystankach. To wtedy powiedziałam sobie wewnętrznie pierwszy raz „nie”. Nie po to przecież studiowałam tyle lat! Widziałam to wszystko, wewnątrz czułam odrazę, ale tkwiłam tam trochę, ponieważ myślałam o tym, że to moja pierwsza praca i bardzo skutecznie blokował mnie zaciągnięty w dzieciństwie hamulec – starszych i przełożonych należy szanować. Dzień, w którym położyłam jej na biurku wypowiedzenie był cudownie błogi. Jej mina? Bezcenna! Nagle z „córki” stałam się wrogiem nr 1, przecież nie miałam prawa odejść. Życie dało mi cenną lekcję (jedną z wielu) i zrozumiałam, że warto słuchać swojej intuicji. Od początku przecież wyczuwałam zamiary tego człowieka, widziałam jak manipuluje ludźmi. Do dzisiaj żałuję, że nie miałam wtedy odwagi powiedzieć jej tego wprost.

Jak myślę dzisiaj o tym to zastanawiam się, co na moim miejscu zrobiłaby moja córka? Jestem pewna, że natychmiast rzuciłaby papierami, powiedziała otwarcie, co o tym myśli i zgłosiła niecny proceder wykorzystywania stażystów przez panią J do urzędu pracy. A ja? Byłabym z niej bardzo dumna!

Agata

rawpixel-1061390-unsplash

Jak budować samodzielność u dzieci.

Od kiedy pamiętam moja Mama mówiła mi – Umiesz liczyć? Licz na siebie. Żeby było zabawnie – to ona była największą kwoką świata, dbała o nas jak tylko umiała najlepiej, gotowała ulubione przysmaki, głaskała po głowie w chwilach niepowodzeń i gadała do upadłego „Załóż czapkę! Zabierz rękawiczki! Ubierz kurtkę!”. Bywała oczywiście wkurzona, kiedy nie umyliśmy naczyń albo dostawaliśmy słabe oceny i nieraz robiła coś za nas, mimo, że to my mieliśmy iść do sklepu albo odkurzyć. Do dzisiaj nie zmieniła się ani o jotę, a umówmy się – ja jestem już starą babą, a ona babcią 😉

Do dzisiaj bardzo często rozmawiamy. dzwonię do niej niemal codziennie, bo wiem, że będzie jej przykro, kiedy tego nie zrobię. W końcu jest moją Mamuńcią najwspanialszą 😉 Ale to, co nas najbardziej łączy nie wynika tylko z więzów krwi. My się po prostu przyjaźnimy. Kiedy mam problem – najpierw dzwonię do Agaty, a potem do Mamy. Albo odwrotnie, to nie ma znaczenia. Ale to z Mamą rozmawiam najwięcej, bo ta kobieta ma w sobie niewiarygodną siłę, spokój i pogodę ducha. Bez względu na to, jakie przeciwności losu spotykała na swojej drodze – zawsze pokonywała je z wrodzonym stoicyzmem i uśmiechem. Taka malutka i delikatna, a Tytan normalnie. Zazdroszczę jej tego do dziś, bo niestety ja taka nie jestem.

mama i ja

Wszystko, co wiem o życiu, przekazała mi moja Mama. Kiedy na nią patrzę to wiem, że nie trzeba kończyć żadnego uniwersytetu, żeby być mądrym i otwartym człowiekiem. To ona nauczyła mnie tolerancji i otwartości na inne kultury, to ona pomimo chudego portfela ciągała mnie po Polsce, żebym zobaczyła cokolwiek poza Kołobrzegiem, to ona zdecydowała się płacić za moje liceum społeczne wiedząc, że jestem za delikatnym wariatem, żeby uczyć się w wielkim szkolnym molochu. I to ona wpoiła mi jeszcze jedną zasadę: „Przechodź przez życie z podniesionym czołem i w pogodzie ducha, a nic cię nie złamie.”

Dzisiaj sama mam dwoje dzieci i wiem, jak trudno jest przekazać im uniwersalne wartości – bez zadęcia i moralizatorskich gadek. Trudno jest wpoić dzieciom imperatyw moralny, aby w późniejszym życiu nie wykorzystały go przeciwko innym ludziom (odsyłam do Kanta ;). W ogóle trudno być rodzicem w dzisiejszych czasach…

Ale kiedy zaczynam się zastanawiać, czy na pewno dobrze wychowuję moje dzieci, przypominam sobie zaraz, jaki sposób kształtowała mnie moja Mama… Ona po prostu dała mi WOLNOŚĆ i SAMODZIELNOŚĆ.

samodzielne dzieci

Pamiętam, że kiedy byłam w trzeciej klasie liceum i zaczynałam myśleć o studiach, poprosiłam Mamę o możliwość objechania wszystkich interesujących mnie uczelni, żeby zobaczyć, jaki „klimat na nich panuje”. Zabijcie, naprawdę nie wiem, po co mi to było, ale zgodziła się a to i tak przez dwa tygodnie ferii zimowych bujałam się po Polsce pomieszkując u ciotek i odwiedzając wszystkie większe uczelnie. Przypominam, że nie było wtedy komórek i nie było ze mną większego kontaktu, ale rodzice zaufali mi, dali mi wolność w podejmowaniu decyzji, jak wykorzystam ten czas. W ten sam sposób ufali mi we wszystkim – wyjeżdżałam w góry z koleżankami z liceum, na biwaki (tak, tak, kiedyś się jeździło!), z marnymi groszami w kieszeni. I co? I nico. Trzeba było brać za siebie odpowiedzialność – załatwić sobie pole namiotowe, ogarnąć posiłki i zmokłe ręczniki, jeśli się ich nie schowało przed burzą. Miałam oczywiście głupie pomysły jak każdy dzieciak, ale w życiu nie wpadło mi do głowy wyjść w klapkach na Rysy.

Tego samego uczę teraz moich dzieci: muszą się same organizować. Nie jestem cerberem z zegarkiem w ręku wyliczającym, ile czasu mają na spotkania z kolegami, a ile na naukę. Sami muszą to sobie poustawiać. Jeśli przebalują cały dzień na boisku to mogą mieć pewność, że lekcje będą odrabiać o późnym wieczorem. No, chyba, że mają na popołudnie 😉 Jeśli nie przygotują sobie materiałów na plastykę – trudno, dostaną jedynkę. Jeśli zgubią ulubiony gadżet pomimo moich ostrzeżeń, żeby nie szwendać się z nim po podwórku – trudno, muszą odkupić z własnych kieszonkowych. Może i jest to nauka odpowiedzialności level hard, ale jest skuteczna i nie powoduje rozczarowania: taka była między nami umowa i dotrzymujemy jej warunków.

everydayofficial

Z drugiej strony – jeśli wyjeżdżamy na weekend, a moja Córka nie ma ochoty nam towarzyszyć – może zostać sama w domu i wiem, że po powrocie nie zastanę w chacie widoku jak z Jumanji 😉 A jeśli ma ochotę zostać dłużej u koleżanki pomimo sprawdzianu następnego dnia – nie ma sprawy, to jej sprawa, czy dostanie 1 czy 6 ;).

Po latach takiego wychowania widzę naprawdę fajne efekty: mam dwójkę samodzielnych, ogarniętych dzieciaków, które potrafią samodzielnie zarządzać swoim czasem i obowiązkami. Oczywiście do dzisiaj wkurzam się o nieposprzątane buty w przedpokoju i milion kubków rozsianych po mieszkaniu… Ale kiedy w wolną sobotę Synek przynosi nam śniadanie do łóżka to myślę sobie po pierwsze, że dobrze że nie uciął sobie palców, a zaraz potem, że te dzieci wyjdą w świat z dobrym przygotowaniem, jako ludzie mądrzy, otwarci, wolni w swoich poglądach i samodzielni.

Dziękuję Ci Mamo za każdą lekcję, jaką od Ciebie dostałam.

wolność wyboru

PS. Zdjęcia są naprawdę stare, więc musicie wybaczyć jakość, ale mają one dla mnie wymiar sentymentalny i nie chciałam w nich nic zmieniać. W końcu – Precz z doskonałością!