My, pokolenie lat 80-tych

Przez większość życia zmuszałam siebie do grania ról, udawania zadowolenia. Tak trzeba, powtarzałam sobie i to nawet wtedy gdy czułam, że nie jest to dla mnie dobre. Nauczona odpuszczania i ustępowania do dzisiaj trudno radzę sobie z asertywnością, w której ćwiczenie wkładam ostatnio sporo energii. O innych umiałam się bić od zawsze, za to siebie? – pozostawiałam gdzieś na szarym końcu. Dlaczego? Ponieważ wszelkie objawy zdrowego egoizmu potrafiłam w sekundzie stłumić wyrzutami sumienia i skarcić się za myślenie o sobie.

Urodziłam się w latach osiemdziesiątych. Mieszkałyśmy z mamą, babcią i ciocią w małym M3 w bloku z wielkiej płyty. Mam różne wspomnienia z dzieciństwa: urywki piosenek Zbigniewa Wodeckiego i Zdzisławy Sośnickiej w „Koncercie życzeń”, Tony Halik i Elżbieta Dzikowska z „Pieprz i Wanilia”, pierwsze radio ze wzmacniaczem i melodię „I’m Bad” Michaela Jacksona. Zapach wakacji, szum morza, smak brudnych jabłek z „grandy”, potargana wyjściowa sukienka i buty z plastiku utopione w krowim placku na łące. Byliśmy zwykłymi dziećmi, nie mieliśmy własnych pieniędzy, smartfonów, komputerów, telewizorów czy game boxów. Ba, nawet sami byliśmy pilotami do czarno-białych telewizorów. Babcia krzyczała z wersalki: Aga przełącz kanał na dwójkę! I cóż było robić, przełączałam, nawet kilka razy pod rząd. Na „Niewolnicę Izaurę” pustoszały wszystkie alejki i place zabaw….. Takie to były dziwne czasy…….
Nie mieliśmy kart kredytowych, galerii handlowych, ani nawet internetu, nie robiliśmy selfie, ani instastory, nie pisaliśmy blogów, co najwyżej zwierzaliśmy się z miłosnych zawodów w skoroszycie o szarych, makulaturowych kartkach, chowanych pod poduszką. Piliśmy oranżadę z warzywniaka w woreczku, w który wkładało się słomkę, rarytasem były gumy Donalds, a fast foodami dmuchany ryż i prażynki ziemniaczane. Nikt z nas wtedy nie liczył kalorii, ani nie analizował składów. Za to mieliśmy siebie, mieliśmy czas, mieliśmy marzenia. Wakacje spędzałam w zakomarzonym lesie w domku z dykty bez ubikacji, a szczczytem moich marzeń była Barbie z Pewexu, trampki z czechosłowacji i paletka do batmingtona 😊 koniecznie czarna.
Oprócz nostalgii, która czuję na wspomnienie wszystkiego powyższego niestety w pamięci mam również rzeczy, które w dzieciństwie traktowałam jak konieczność, prawo, zasadę, a dzisiaj z politowaniem kiwam głową i wzdrygam się na samą myśl. Otóż wpajano nam pewnego rodzaju bezkompromisową „karność” i zależność wobec dorosłych, przełożonych, nauczycieli etc. Nie wolno nam było mieć własnego zdania, (zwłaszcza odmiennego), dyskutować, podważać autorytetu, zadawać trudnych pytań, Broń Boże śmiać się, wiedzieć więcej, analizować i podejmować samodzielnie decyzje. Generalnie co do zasady wszyscy dorośli mieli rację i to tak zupełnie bez logicznego wytłumaczenia. Tak, bo tak…. Wiedzieli co dla nas jest najlepsze. Najważniejsza była punktualność, stopnie w szkole, zdobyty dyplomy i skończone uczelnie, które definiowano jako sukces lub jego brak. Nikt nie interesował się za bardzo tym kim jesteśmy, jakie są nasze uczucia i czego tak naprawdę chcemy. A my? Genialnie graliśmy wyznaczone nam rolę.

andrei-lazarev-706912-unsplash
Będąc już dorosłą, dojrzałą kobietą posiadająca własne dzieci wreszcie wyraźnie dostrzegłam jaki wpływ wywarło na mnie takie wychowanie i jak do dzisiaj wyryte w mojej świadomości zasady potrafią determinować moje wybory, postawy, zachowania, a nawet uczucia i to często nieświadomie.
Przez większość życia zmuszałam siebie do grania ról i udawania zadowolenia. Tak trzeba, powtarzałam sobie i to nawet wtedy gdy czułam, że nie jest to dla mnie dobre. Nauczona odpuszczania i ustępowania do dzisiaj trudno radzę sobie z asertywnością, w której ćwiczenie wkładam ostatnio sporo energii. O innych umiałam się bić od zawsze, za to siebie? – pozostawiałam gdzieś na szarym końcu. Dlaczego? Ponieważ wszelkie objawy zdrowego egoizmu potrafiłam w sekundzie stłumić wyrzutami sumienia i skarcić się za myślenie o sobie.
Życie pokazało mi jak potężna i niszczycielka jest to maszyna… stworzona do destrukcji, bo spełnianie oczekiwań jest niczym noszenie za małych butów. Uwierają Cię, krew się leje ale dalej wciskasz je na nogi. Deformują Ci stopę i spowalniają chodzenie, ale uparcie wciąż je nosisz….Tylko po co?
Jakiś czas temu Ania napisała tekst o mądrym rodzicielstwie, o dawaniu marginesu na błędy, o samodzielności i decyzjach, których konsekwencje ponosi jedynie ten, który je podjął. I wiecie co? Właśnie tego w latach mojego dzieciństwa mi brakowało.

W czasie, kiedy zdawałam egzamin do szkoły średniej, mama nie pozwoliła mi iść do technikum bo chciała koniecznie żebym skończyła liceum. No to skończyłam i zdałam maturę. Później musiałam podjąć ważną dla siebie decyzję – co dalej? Zasadniczo nie wiedziałam i wybór padł trochę na chybił-trafił. Poszłam na studia – szalenie modne wówczas „zarządzanie”. Masa ludzi wtedy chciała zarządzać lub coś reklamować. Skończyłam najpierw studia licencjackie, a później magisterkę. Fajne to były czasy, jednak żyliśmy od egzaminu do egzaminu. I nadal trochę bez celu.

priscilla-du-preez-234138-unsplash

Pierwsze rozczarowanie przyszło tuż po odebraniu dyplomu. Wyszliśmy na rynek pracy, z dumnymi tytułami, ale nie umiejąc praktycznie nic. Bez poczucia, co chcemy robić i kim naprawdę być. Nikt nas nigdy o to nie zapytał. W moim rodzinnym mieście żartowano, ze jak rzucisz kamieniem, to na pewno trafisz w k…ę lub magistra.

Kiedy po raz pierwszy weszliśmy na rynek pracy, okazało się że nikt nie chce nas zatrudnić, ani nam godziwie zapłacić. Przeszłam przez staże, umowy śmieciowe i dziwne kawałki etatów. Moja pierwsza pracodawczyni koncertowo z uśmiechem na ustach robiła mnie w balona. Przez długi czas bałam się odezwać. Dużo ode mnie starsza kobieta, z pozycji szefa ciągle wymyślała nierealne plany, oczekiwała poświęceniu i wiecznie powtarzała, że traktuje mnie jak własną „córkę”. Justynie, która pracowała przede mną mówiła to samo, a później jak skończył się płatny z UP staż wysłała na urlop, a następnie pod byle pretekstem – zakończyła współpracę. Nigdy nie zapomnę tego dnia kiedy dała mi do ręki ulotki i kazała rozdawać ludziom na przystankach. To wtedy powiedziałam sobie wewnętrznie pierwszy raz „nie”. Nie po to przecież studiowałam tyle lat! Widziałam to wszystko, wewnątrz czułam odrazę, ale tkwiłam tam trochę, ponieważ myślałam o tym, że to moja pierwsza praca i bardzo skutecznie blokował mnie zaciągnięty w dzieciństwie hamulec – starszych i przełożonych należy szanować. Dzień, w którym położyłam jej na biurku wypowiedzenie był cudownie błogi. Jej mina? Bezcenna! Nagle z „córki” stałam się wrogiem nr 1, przecież nie miałam prawa odejść. Życie dało mi cenną lekcję (jedną z wielu) i zrozumiałam, że warto słuchać swojej intuicji. Od początku przecież wyczuwałam zamiary tego człowieka, widziałam jak manipuluje ludźmi. Do dzisiaj żałuję, że nie miałam wtedy odwagi powiedzieć jej tego wprost.

Jak myślę dzisiaj o tym to zastanawiam się, co na moim miejscu zrobiłaby moja córka? Jestem pewna, że natychmiast rzuciłaby papierami, powiedziała otwarcie, co o tym myśli i zgłosiła niecny proceder wykorzystywania stażystów przez panią J do urzędu pracy. A ja? Byłabym z niej bardzo dumna!

Agata

rawpixel-1061390-unsplash

10 sposobów, żeby zawsze wyglądać dobrze – zwłaszcza kiedy nie wiesz, co ubrać!

Stajesz rano przed otwartą szafą i jęczysz: „Co ja mam na siebie włożyć?”. Z półek wylewają cię ciuchy, więc nie mówisz, że NIE MASZ CO NA SIEBIE WŁOŻYĆ, ale dzisiaj naprawdę nie wiesz co z czym połączyć, żeby wyglądać jak człowiek.

Znam to. Mam to przećwiczone. Dlatego napisałam mały poradnik-ratownik, do którego możesz zaglądać kiedy nie będziesz miała pomysłu na strój dnia. Kiedy więc, następnym razem staniesz rano przed szafą pamiętaj, że zawsze możesz założyć:

Biały t-shirt (lub koszula)

Każda z nas ma w szafie biały t-shirt lub białą koszulę. Ja mam pierdyliard koszulek, oczywiście wszystkie w serek – jedne taliowane, inne lekko oversize, białe, śnieżnobiałe i kremowe, z organicznej bawełny lub modalu. Wszystkie kocham i noszę przez cały rok na milion sposobów. W lecie wiążę je w supełek na biodrze do lekkich szerokich spodni, a w zimie wrzucam pod jasnoszary sweter (też w serek) – wtedy lekko wystaje spod swetra i ładnie odcina się na skórze.

Ale kiedy mam dylemat co ubrać – bez wahania zakładam t-shirt pod granatową lub czarną marynarkę i zestawiam z jasnymi jeansami w lecie i ciemnymi w zimie. Czasami marynarkę zastępuję długim szarym kardiganem, a kiedy okazja jest bardziej formalna – wyciągam żelazko i prasuję białą koszulę 🙂

Nie bójcie się ubierać eleganckiej koszuli z nieeleganckimi poszarpanymi jeansami – takie nonszalanckie zestawienie jest zawsze ciekawe: wygląda interesująco, odejmuje lat i pokazuje naszą prawdziwą naturę – w końcu wszystkie jesteśmy łobuziarami 😉

t-shirt
źródło: Pinterest

A kiedy już masz na sobie ten zestaw, pamiętaj, żeby założyć

szpilki

Cokolwiek masz na sobie – szpilki zawsze dodadzą Ci pewności siebie. Wyjątek stanowi fakt, że nie umiesz się w nich poruszać, ale wtedy ten akapit nie jest dla Ciebie 🙂

Każda, absolutnie każda kobieta wygląda świetnie w szpilkach, więc jeśli czujesz się kiepsko, masz gorszy dzień, szef Cię wkurza, albo koleżanka palnęła coś głupiego na Twój temat – załóż szpilki! Poczujesz się od razu lepiej, a twój strój nabierze od razu charakteru. Nie musisz mieć szpilek na każdą okazję – kup czarne i beżowe (ważne, żeby były wygodne!) i pamiętaj, żeby pod żadnym pozorem nie prowadzić auta w wysokich obcasach – ani to bezpieczne, ani dobre dla butów ;). Ja zawsze wkładam trampki do auta, a kiedy pracowałam na etacie – miałam pełną szufladę butów i zmieniałam je po przyjściu do pracy.

szpilki zdjęcie
źródło: Pinterest

Czy juz pisałam, żemarynarka

ratuje każdą stylizację? Klasyczna ma najczęściej granatowy lub czarny kolor i jest zapinana na jeden lub dwa guziki. Ja jednak wolę luźniejsze, dwurzędowe fasony ze złotymi guzikami, które świetnie wyglądają z wąskimi spodniami i maskują wszelkie niedoskonałości figury. Od kilku sezonów modna jest marynarka w kratkę, ale jeśli nie przepadasz za wzorem w kratę – wybierz gładką tkaninę. Na lato polecam białą wersję, wtedy można do niej zakładać również krótkie spodenki.

marynarki
źródło: Pinterest

bezowy płaszcz

To must have w każdej szafie. Bez względu na porę roku doskonale podkreśla każdą stylizację. Możesz założyć na siebie cokolwiek, ale jeśli na wierzch narzucisz beżowy płaszczyk – będziesz zawsze dobrze ubrana. Ja mam w szafie kilka fasonów i odcieni tego klasyka – od trencza po wełniany i cieplutki TAKE CONTROL z naszej zimowej kolekcji i noszę je w zależności od zmieniających się pór roku.

camel coat
źródło: Pinterest, w lewym dolnym rogu płaszcz TAKE CONTROL

czerwona szminka

Kto mnie zna ten wie, że mam chyba ze dwadzieścia szminek o różnych odcieniach czerwieni. Upycham je we wszystkich torebkach, kieszeniach od płaszczy i marynarek, a nawet w spodniach. Szminki to moja urodowa słabostka. Mam swoje ulubione typy jak na przykład trwała, pięknie napigmentowana i kremowa pomadka MAYBELLINE nr 965 (Siren in Scarlet), która ma genialny kolor czerwieni pasujący zarówno brunetkom jak i blondynkom. Mam też totalne wpadki, jak ta z Inglota, która miała być trwałą pomadką, ale ktoś chyba przesadził z recepturą, bo zastyga na ustach jak skorupa, wysusza naskórek i na dodatek jest nie do zmycia.

Dla mnie szminka stanowi nieodłączny element codziennego stroju. Kiedy nie mam czasu na makijaż, kiedy czuje się kiepsko, albo mam po prostu gorszy dzień – nakładam trochę podkładu i maluję usta. Dobrze dobrany odcień rozświetla twarz i nadaje jej charakteru. Ponieważ jestem szarą blondynką o jasnej oprawie oczu to brak makijażu sprawia, że nie mam twarzy 😉 i szminka w tej sytuacji jest idealnym rozwiązaniem. Acha – zastępuje mi też róż do policzków.

red lipstick
źródło: Pinterst

sukienka

Jeśli nie wiesz, co na siebie włożyć – wybierz sukienkę. To teraz najmodniejszy element garderoby i pewnie każda z nas ma kilka różnych w szafie. Można je różnie stylizować – to zależy wyłącznie od Twojej fantazji.

Ja bardzo lubię nosić VAIANĘ BLUE  i zestawiać ją z kozakami i ciepłym długim swetrem, ale możesz ją równie dobrze założyć do szpilek albo tenisówek na wiosnę.

Sukienki to w ogóle fajny temat. Spotykam się czasami z kobietami, które nie noszą sukienek, bo uważają, że będzie im zimno w chłodniejsze dni, albo że źle w nich wyglądają. Na zimne dni polecam ciepłe rajstopy (można teraz kupić naprawdę cieplutkie termiczne rajtaski, które grzeją na pewno o niebo lepiej niż jakiekolwiek spodnie). A jeśli chodzi o fason sukienki: próbujcie różnych modeli. Dla niektórych kobiet, które mają troszkę brzuszka, dobry będzie luźniejszy fason (taki jak na przykład elegancka sukienka EMPOLI), inne będą potrzebowały podkreślenia pięknej talii, jak w sukience BORDEAUX. Pamiętajcie tylko, żeby do mierzenia sukienki zakładać takie buty, jakie prawdopodobnie będziecie do niej nosić, bo żadna sukienka nie będzie dobrze wyglądała w zestawieniu z kapciami albo grubymi domowymi skarpetami.

dress
źródło: Pinterest, w górnym prawym rogu SUKIENKA PISA, w lewym rogu SUKIENKA EMPOLI

okulary

No dobra, zaspałaś do pracy, miotasz się po mieszkaniu, jakbyś dopiero się przeprowadziła i miała wszystkie rzeczy w kartonach. Zakładasz pierwszą lepszą bluzkę i spodnie (bo jeszcze nie czytałaś tego poradnika :), ale na resztę, to znaczy makijaż i włosy naprawdę nie masz juz czasu. Zerkasz w lustro i widzisz jakąś bladą, zaspaną i kompletnie niewyraźną postać, która na pewno nie jest Tobą. No, w każdym razie daleko jej do Twojego codziennego wizerunku.

Mam dla Ciebie radę: załóż OKULARY. Nawet, jeśli nie masz wady wzroku, ale pracujesz przy komputerze – warto mieć okulary tzw „zerówki” ze szkłami pokrytymi powłoką antyrefleksyjną, które minimalizują odblaski monitora. Ciekawe, grubsze oprawki potrafią skutecznie zamaskować brak makijażu i nadają twarzy charakteru. Niedrogie okulary możesz kupić w każdym optyku, gdzie od razu dobierzesz odpowiednie szkła, ale jeśli spodobają Ci się „zerówki” w jakiejś sieciówce – upewnij się, że możesz wymienić szkła na profesjonalne, gdyż często są one bardzo złej jakości i po prostu psują wzrok.

glasses
źródło: Pinterest

biżuteria

Kochamy duże kolczyki i wielkie bransolety! Takie dodatki odmienią nawet najprostszy zestaw w spektakularny outfit. Załóż jeansy, gładki t-shirt, marynarkę i duże kolorowe kolczyki, a będziesz wygladała jak milion $$$$$

Jeśli masz długie, rozpuszczone włosy – załóż szeroką bransoletę albo kilka wąskich zamiast kolczyków i podciągnij rękawy w marynarce. Będzie nonszalancko, ale ciekawie 🙂

earrings
źródło: Pinterest

jeansy

Fajna jest dzisiejsza moda: nie ma jednego wzorca tego, co jest modne i widać to doskonale w fasonach jeansów. Możesz znaleźć praktycznie wszystkie fasony, od rurek, boyfrendów, mamusiowych (takich z bardzo wysokich stanem), poprzez proste nogawki aż do dzwonów. Są ciemne, jasne, gładkie, z przetarciami, a nawet złożone praktycznie z samych dziur. Na pewno masz w szafie któreś z nich, bo to najlepsza rzecz, jaka została wymyślona w modzie.

Jeansy możesz nosić do wszystkiego i ze wszystkim zestawiać. Pamiętaj tylko, żeby trzymać się jednej złotej zasady: podkreślaj nimi swoją figurę zamiast chować się w bezkształtnych fasonach. Jeśli masz troszkę za dużo w biodrach i czujesz się z tym niekomfortowo – NIE WYBIERAJ LUŹNYCH BOYFRIENDÓW, tylko załóż wąskie i ciemne spodnie, a na górę luźniejszą marynarkę na jasną bluzkę (patrz punkt „Biały t-shirt lub koszula”). Dołóż do tego piękne kolczyki i możesz wychodzić z domu!

jeans
źródło: Pinterest

torebka

Na wybiegach królują małe torebki, w której zmieści się telefon i szminka, ale umówmy się – nosimy w torebkach całe swoje życie i takie puzdereczko może służyć na co dzień co najwyżej za portmonetkę 🙂 Ja mam w swojej torbie mnóstwo rzeczy: portfel, telefon, gruby notes, leki, skrawki tkanin, laptop obowiązkowo z myszką, termos z naparem i zestaw kosmetyków, których nigdy nie używam. Plus inne drobiazgi. I choć próbowałam nosić tylko małą listonoszkę, to na końcu i tak musiałam się przepakować do jednej z moich wielkich toreb, które pomieszczą wszystkie potrzebne rzeczy.

Duża torba jest tak charakterystycznym elementem sylwetki, że potrafi zdominować cały  look. Kiedy więc nie masz pomysłu na swoje ubranie – załóż coś neutralnego i dobierz wielką torbę. Nie musi być czarna – modne są wszystkie wzory i kolory świata, ważne, żeby ci się podobała!

big bag
źródło: Pinterest

 

Jeśli spodobał Ci się nasz wpis zapraszamy Cię do śledzenia BLOGA. Wpadnij też do nas na facebooka do ultrakobiecej, otwartej grupy KOBIECY ŚWIAT EVERYDAYOFFICIAL.

Zostań naszą inspiracją! Poznajmy się bliżej!

Ania

Jeśli nie bieganie, to co?

W praktyce jogi najważniejszy jest oddech. Żeby wykonać poprawnie asanę wcale nie trzeba mieć wielkich umiejętności. Nie chodzi o perfekcyjną pozycję, ale o zgranie ciała i oddechu. Ta wewnętrzna koncentracja powoduje, że umysł odsuwa od siebie wszelkie myśli i staje się cudownie pusty:). Ciało się odpręża, a po zakończonej praktyce człowiek jest po prostu spokojny i szczęśliwy.

Jesteśmy z Agatą różne jak ogień i woda. Widać to już na pierwszy rzut oka – ona jest ruchliwa i wesoła, ja – spokojna i poważniejsza. Dream team, idealnie się uzupełniamy. Ale nie mogłybyśmy razem ćwiczyć. Agata potrzebuje się wybiegać i wyszaleć – wyrzucić z siebie stres, zmęczenie i oczyścić umysł męcząc się jeszcze bardziej.

Ja z kolei długo nie mogłam znaleźć sportu „dla siebie”. Bieganie strasznie mnie nudziło, podobnie jak siłownia. Na nic zdały się rady koleżanek biegaczek, które proponowały słuchać dobrej muzyki albo audiobooków w trakcie ćwiczeń. Po kilku minutach biegu „odpływałam”, dekoncentrowałam się, albo dla odmiany schodziłam z bieżni, żeby posłuchać interesującego mnie kawałka książki (jestem molem książkowym!).

Sporty grupowe i kontaktowe – odpadają kompletnie. W siatkę gram jak noga, a na dodatek jestem z metra cięta, więc doskakuję co najwyżej do połowy siatki. Wrrr. Zostawał mi basen, rower i spacer. Kłopot polegał na tym, że żaden z tych sportów nie dawał mi uczucia „zresetowania”. Zamiast odpoczywać mój mózg pracował na zwiększonych obrotach i podwójnie przerabiał problemy, które chciałam wyrzucić z głowy.

Pod koniec ubiegłego roku, po serii bardzo ciężkich, traumatycznych dla mnie przeżyć, dostałam od koleżanki prezent w postaci pięciu indywidualnych lekcji z Małgosią Stanisławską z Centrum Jogi i Pilates w Gdyni. Asia, która mi ten voucher sprezentowała powiedziała: „Idź, zobaczysz, jak bardzo cię to odmieni”.

Muszę przyznać, że przeżyłam szok. Nigdy, naprawdę nigdy w życiu żaden sport nie dał mi takiego uczucia oczyszczenia umysłu i takiego wycisku fizycznego jak joga.

Dotychczas myślałam, że e… co tam… takie tam – tu się zgiąć, tam usiąść, wyprostować rękę albo stanąć na jednej nodze. Nic łatwiejszego, dziecko w przedszkolu to zrobi. To przecież nie dla mnie – w końcu to ja potrafię pocisnąć w nartach slalomowych po czarnej trasie 😉

Nic bardziej mylnego. Joga to jest dopiero wycisk! Pamiętam, że kiedy robiłam moje pierwsze Pariwrtty Trikonanasany (pozycje odwróconego trójkąta) o mało nie wybiłam sobie zębów odpadając od ściany, o którą byłam oparta 😉 Zapytałam wtedy Małgosię, czy w ogóle jest ktoś, kto potrafi zrobić tę pozycję bez podpórki, a ta zaczęła się śmiać mówiąc „zobaczysz za miesiąc!”.

No i zobaczyłam. Jest to teraz moje małe uzależnienie. Kiedy nie ćwiczę jakiś czas, moje ciało i umysł stają się bardzo ciężkie, gorzej radzą sobie z problemami, ścięgna się kurczą i gorzej śpię. Joga daje mi niesamowite uczucie lekkości i wspaniale oczyszcza umysł.

Jak to się dzieje?

IMG_3610

W praktyce jogi najważniejszy jest oddech. Żeby wykonać poprawnie asanę wcale nie trzeba mieć wielkich umiejętności. Nie chodzi o perfekcyjną pozycję, ale o zgranie ciała i oddechu. Ta wewnętrzna koncentracja powoduje, że umysł odsuwa od siebie wszelkie myśli i staje się cudownie pusty:). Ciało się odpręża, a po zakończonej praktyce człowiek jest po prostu spokojny i szczęśliwy.

IMG_3622

Bardzo fajnym wstępem do jogi jest zapisanie się na początek na kilka zajęć indywidualnych. Pozwalają one „ustawić ciało” do praktyki, bez tego naprawdę nie wiedziałabym, co znaczy „podciągnij kolana” ani „przyklej palce do maty”, a to, uwierzcie, dosyć kluczowe w trakcie ćwiczeń. Wtedy też łatwo wyrobić w sobie nawyk oddechu, o którym bardzo często się zapomina. No i przede wszystkim – poznaje się swoje ciało, jego ograniczenia i możliwości.

Od czasu moich zajęć indywidualnych praktykuję jogę sama w domu. Nie umiem jeszcze sama poprowadzić poszczególnych sekwencji tak, aby składały się w jedną, sensowną całość – ćwiczę z moimi ulubionymi joginkami na You Tube.

IMG_3616

Jeśli chcecie rozpocząć przygodę z jogą, polecam Wam Małgosię Żelazo – bardzo spokojną i zrównoważoną joginkę, która na swoim kanale prowadzi również zajęcia pilates. Jej joga dla początkujących jest naprawdę świetna!

 

Małgosię Mostowską poleciła mi właśnie Asia, dzięki której w ogóle zaczęłam uprawiać jogę. Małgosia ma wiele różnych programów, w tym dla kobiet w ciąży (sama niedawno urodziła córeczkę), ale też na bolące plecy, rozciąganie itp. Ja uwielbiam jej „Wieczorną jogę na dobry sen”, bo od zawsze mam problemy ze snem. Dzięki Małgosi uczę się wyciszać i medytować. No i lepiej zasypiam 🙂

Moją absolutną ulubienicą jest Basia Tworek #Ninja Jogi, której niezwykły uśmiech i witalność sprawiają, że chichram się nawet przy najbardziej skomplikowanych asanach, a jej Joga na Złość i Joga na Silny Core są moimi faworytami w codziennej praktyce.

 

Jeżeli potrzebujecie Jogi w pigułce, to znaczy chcecie mieć w zanadrzu kilka prostych ćwiczeń na różne dolegliwości, a na dodatek lubicie się pośmiać i nie traktujecie jogi śmiertelnie poważnie – koniecznie oglądajcie kanał Idana Kirshnera. Jego filmiki zawsze wprawiają mnie w dobry nastrój 🙂 No a filmik „Wake-up Like a Princess” nauczył mnie wstawać, a nie zwlekać się z łóżka 😉

 

No i ćwiczcie kiedy chcecie i jak chcecie. Joga nie zna wieku i ograniczeń. Jedyne, czego potrzebujesz, to mata i strój do ćwiczeń.

Namaste 🙂

IMG_3620

Jak budować samodzielność u dzieci.

Od kiedy pamiętam moja Mama mówiła mi – Umiesz liczyć? Licz na siebie. Żeby było zabawnie – to ona była największą kwoką świata, dbała o nas jak tylko umiała najlepiej, gotowała ulubione przysmaki, głaskała po głowie w chwilach niepowodzeń i gadała do upadłego „Załóż czapkę! Zabierz rękawiczki! Ubierz kurtkę!”. Bywała oczywiście wkurzona, kiedy nie umyliśmy naczyń albo dostawaliśmy słabe oceny i nieraz robiła coś za nas, mimo, że to my mieliśmy iść do sklepu albo odkurzyć. Do dzisiaj nie zmieniła się ani o jotę, a umówmy się – ja jestem już starą babą, a ona babcią 😉

Do dzisiaj bardzo często rozmawiamy. dzwonię do niej niemal codziennie, bo wiem, że będzie jej przykro, kiedy tego nie zrobię. W końcu jest moją Mamuńcią najwspanialszą 😉 Ale to, co nas najbardziej łączy nie wynika tylko z więzów krwi. My się po prostu przyjaźnimy. Kiedy mam problem – najpierw dzwonię do Agaty, a potem do Mamy. Albo odwrotnie, to nie ma znaczenia. Ale to z Mamą rozmawiam najwięcej, bo ta kobieta ma w sobie niewiarygodną siłę, spokój i pogodę ducha. Bez względu na to, jakie przeciwności losu spotykała na swojej drodze – zawsze pokonywała je z wrodzonym stoicyzmem i uśmiechem. Taka malutka i delikatna, a Tytan normalnie. Zazdroszczę jej tego do dziś, bo niestety ja taka nie jestem.

mama i ja

Wszystko, co wiem o życiu, przekazała mi moja Mama. Kiedy na nią patrzę to wiem, że nie trzeba kończyć żadnego uniwersytetu, żeby być mądrym i otwartym człowiekiem. To ona nauczyła mnie tolerancji i otwartości na inne kultury, to ona pomimo chudego portfela ciągała mnie po Polsce, żebym zobaczyła cokolwiek poza Kołobrzegiem, to ona zdecydowała się płacić za moje liceum społeczne wiedząc, że jestem za delikatnym wariatem, żeby uczyć się w wielkim szkolnym molochu. I to ona wpoiła mi jeszcze jedną zasadę: „Przechodź przez życie z podniesionym czołem i w pogodzie ducha, a nic cię nie złamie.”

Dzisiaj sama mam dwoje dzieci i wiem, jak trudno jest przekazać im uniwersalne wartości – bez zadęcia i moralizatorskich gadek. Trudno jest wpoić dzieciom imperatyw moralny, aby w późniejszym życiu nie wykorzystały go przeciwko innym ludziom (odsyłam do Kanta ;). W ogóle trudno być rodzicem w dzisiejszych czasach…

Ale kiedy zaczynam się zastanawiać, czy na pewno dobrze wychowuję moje dzieci, przypominam sobie zaraz, jaki sposób kształtowała mnie moja Mama… Ona po prostu dała mi WOLNOŚĆ i SAMODZIELNOŚĆ.

samodzielne dzieci

Pamiętam, że kiedy byłam w trzeciej klasie liceum i zaczynałam myśleć o studiach, poprosiłam Mamę o możliwość objechania wszystkich interesujących mnie uczelni, żeby zobaczyć, jaki „klimat na nich panuje”. Zabijcie, naprawdę nie wiem, po co mi to było, ale zgodziła się a to i tak przez dwa tygodnie ferii zimowych bujałam się po Polsce pomieszkując u ciotek i odwiedzając wszystkie większe uczelnie. Przypominam, że nie było wtedy komórek i nie było ze mną większego kontaktu, ale rodzice zaufali mi, dali mi wolność w podejmowaniu decyzji, jak wykorzystam ten czas. W ten sam sposób ufali mi we wszystkim – wyjeżdżałam w góry z koleżankami z liceum, na biwaki (tak, tak, kiedyś się jeździło!), z marnymi groszami w kieszeni. I co? I nico. Trzeba było brać za siebie odpowiedzialność – załatwić sobie pole namiotowe, ogarnąć posiłki i zmokłe ręczniki, jeśli się ich nie schowało przed burzą. Miałam oczywiście głupie pomysły jak każdy dzieciak, ale w życiu nie wpadło mi do głowy wyjść w klapkach na Rysy.

Tego samego uczę teraz moich dzieci: muszą się same organizować. Nie jestem cerberem z zegarkiem w ręku wyliczającym, ile czasu mają na spotkania z kolegami, a ile na naukę. Sami muszą to sobie poustawiać. Jeśli przebalują cały dzień na boisku to mogą mieć pewność, że lekcje będą odrabiać o późnym wieczorem. No, chyba, że mają na popołudnie 😉 Jeśli nie przygotują sobie materiałów na plastykę – trudno, dostaną jedynkę. Jeśli zgubią ulubiony gadżet pomimo moich ostrzeżeń, żeby nie szwendać się z nim po podwórku – trudno, muszą odkupić z własnych kieszonkowych. Może i jest to nauka odpowiedzialności level hard, ale jest skuteczna i nie powoduje rozczarowania: taka była między nami umowa i dotrzymujemy jej warunków.

everydayofficial

Z drugiej strony – jeśli wyjeżdżamy na weekend, a moja Córka nie ma ochoty nam towarzyszyć – może zostać sama w domu i wiem, że po powrocie nie zastanę w chacie widoku jak z Jumanji 😉 A jeśli ma ochotę zostać dłużej u koleżanki pomimo sprawdzianu następnego dnia – nie ma sprawy, to jej sprawa, czy dostanie 1 czy 6 ;).

Po latach takiego wychowania widzę naprawdę fajne efekty: mam dwójkę samodzielnych, ogarniętych dzieciaków, które potrafią samodzielnie zarządzać swoim czasem i obowiązkami. Oczywiście do dzisiaj wkurzam się o nieposprzątane buty w przedpokoju i milion kubków rozsianych po mieszkaniu… Ale kiedy w wolną sobotę Synek przynosi nam śniadanie do łóżka to myślę sobie po pierwsze, że dobrze że nie uciął sobie palców, a zaraz potem, że te dzieci wyjdą w świat z dobrym przygotowaniem, jako ludzie mądrzy, otwarci, wolni w swoich poglądach i samodzielni.

Dziękuję Ci Mamo za każdą lekcję, jaką od Ciebie dostałam.

wolność wyboru

PS. Zdjęcia są naprawdę stare, więc musicie wybaczyć jakość, ale mają one dla mnie wymiar sentymentalny i nie chciałam w nich nic zmieniać. W końcu – Precz z doskonałością!

 

Pokochaj swoje zmarszczki, czyli precz z doskonałością!

Kocham swoje zmarszczki. Jestem w takim wieku, że nie muszę się ich wstydzić. Urzekają mnie zwłaszcza te wokół oczu. Są urocze, powstały od śmiania się. Czy zatem są czymś złym? Uważam, że absolutnie nie. I będę bronić swojego zdania jak niepodległości. To co w nas seksowne jest zazwyczaj subtelne i ukryte wewnątrz nas.

Uwielbiam ludzi. Ci, którymi się otaczam inspirują mnie i zachwycają. Mam wśród znajomych wiele kobiet. Większość z nich jest w dojrzałym wieku, pracują, wychowują dzieci, realizują swoje pasje. Lubię na nie patrzeć, rozmawiać z nimi, często mnie sobą zachwycają i motywują. Myślę o ich fizyczności, o tym że są piękne. Dochodzę do wniosku, że to co w nich jest wyjątkowe to właśnie naturalność. Weźmy na przykład takie zmarszczki, znienawidzona oznaka czasu wielu ludzi. Współczesny świat wymyślił na nie tysiące sposobów. Wszystkie mają jeden mianownik, walka z czasem. Za wszelką cenę chcą nam powiedzieć, że one są naszym wrogiem, że trzeba z nimi walczyć. Kremami, zastrzykami, laserami. Naprawdę? Po co?

Kocham swoje zmarszczki. Jestem w takim wieku, że nie muszę się ich wstydzić. Urzekają mnie zwłaszcza te wokół oczu. Są urocze, powstały od śmiania się. Czy zatem są czymś złym? Uważam, że absolutnie nie. I będę bronić swojego zdania jak niepodległości. To co w nas seksowne jest zazwyczaj subtelne i ukryte wewnątrz nas.

IMG_3271Sposób w jaki przekręcasz głową, iskierki w oczach kiedy czujesz się silna, spokojna, kochana. Twoje dłonie, które splatasz na kolanie podczas siadania, niesforny kosmyk opadający za czoło, muśnięty słońcem dekolt który odsłania letnia sukienka. Twoje piegi i rozjaśnione słonkiem pasemka włosów, czy zaróżowione policzki na mrozie. Tembr Twojego głosu, to jak nucisz ulubioną balladę przy gotowaniu ulubionej potrawy, Twoje wzruszenie podczas romantycznego filmu. Twój szczery uśmiech.

Aż wreszcie NAJseksowniejszy jest Twój – mózg 🙂

Twoje wartości. To w jaki sposób formułujesz myśli, jak dyskutujesz i dzielisz się emocjami i swoimi opiniami. Twoja świadomość i siła, emocjonalność, poczucie humoru. To jak postrzegasz świat i jak przyjmujesz to co przynosi Ci życie, jak traktujesz innych to co dajesz im od siebie. To kim naprawdę jesteś, o czym marzysz, czego tak prawdziwie pragniesz.

Cała reszta jest dodatkiem, dopełnieniem, wartością dodaną do wyjątkowej Ciebie. Tak to widzę i dobrze mi z tym jak cholera!

Najpiękniejsza jesteś wtedy kiedy jesteś po prostu sobą, kiedy nie musisz udawać, niczego nikomu udowadniać. Wtedy gdy masz pełną świadomość siebie, nie tracisz czasu na porównywanie się i niezdrową rywalizację. Kiedy skupiasz się na sobie i na własnym rozwoju, nad pielęgnacją nie tylko ciała, ale też duszy. Wtedy opinie innych, to co sugerują reklamy koncernów i kolorowe magazyny mogą być dla Ciebie wskazówkami, jeśli sama tak zdecydujesz, nigdy z kolei nie zdeterminują poczucia Twojej wartości, nie zmanipujują, nie osłabią Ciebie.

Puszczam do Ciebie oko i mówię, nie ważne tak naprawdę ile masz lat –  jesteś w najlepszym możliwym dla siebie wieku! ???? Ogłaszamy wszem i wobec: Precz z doskonałością! Czas na bycie sobą!

 Agata

Trudy odchudzania, czyli #strategiaZA

Przynajmniej raz do roku /najczęśniej późną jesienią i zimą/ zdarza mi się okres niechciejstwa. Znacie ten stan? Dokładnie opisuje go piosenka zespołu Mikromusic a leci to tak:

„(…) Tak mi się nie chce
tak bardzo nie chcę
lecz kiedyś jeszcze będę seksi (…)”

Dokładnie w tym okresie mam niebotycznego lenia i niechęć do wszelkiej aktywności fizycznej. Zawsze jest powód i nosi on z pozoru niewinną nazwę – ZA. Znacie go? Ja aż nazbyt ZA dobrze. ZA występuje pod wieloma postaciami, najczęściej spotykane to: ZA zimno, ZA ciemno, ZA daleko, ZA późno, ZA bardzo zmęczona, ZA mało zmotywowana.

IMG_4146

Sukienka – oczywiście EVERYDAYOFFICIAL, znajdziecie ją tutaj.

ZA zwane jest inaczej strategią unikania, lub zamiennie strategią generowania alibi. Wynik ZA może być jeden i nazywa się ZA DUŻO.
I to mnie właśnie spotkało. A odkryłam to tak: Po dłuższej nieobecności odwiedziłam mojego dziadzia. Od razu zauważył, że się ZAokrągliłam, a że akurat „przypadkiem” była to zima to powiedziałam mu, że przecież to wszystko przez to, że jest ZA zimno na ćwiczenia. Dziadziuś uroczo podsumował moją teorię jednym prostym strzałem między oczy: „A Ty wnusiu co – niedźwiedź?”

„(…) obiecuje sobie szczerze
że z popiołów wyskoczę w kieckę
Tak mi się nie chce
lecz kiedyś jeszcze będę seksi (…)”

Skalę mojego niechciejstwa bezlitośnie obnaża nadejście wiosny. Podczas gdy wszyscy wyczekują pierwszych promieni słońca i planują majówki, ja oceniam, jak daleko w kierunku pleców wyemigrowały moje pośladki i jak duże „chomiki” na buzi wygenerowała mi strategia ZA. Kalkuluję też, jak długo zajmie mi odwrócenie tego procesu… Wiem, że zdecydowanie ZA długo.. Jak na złość wiosna nie chce na mnie zaczekać. Co ZA złośliwa zołza.

„(…) jak mała wola
jak w morzu kropla
lecz kiedyś jeszcze będę seksi

bez siły leżę
w pościeli zwiędłej
lecz kiedyś jeszcze będę seksi (…)”

Proces odwracania skutków ZA zastaje mnie w tym roku w połowie wiosny, gdzieś na przełomie maja i czerwca. Jak dobrze, że dzień jest dłuższy i słoneczny, odpadły dwie główne przesłanki: ZA zimno i ZA ciemno. Letnie ciuchy bezczelnie wywołują wyrzut sumienia. Nowo odszyte sukienki czekają na założenie,a Anka ciśnie na zdjęcia – odpada. Jestem ZA mało zmotywowana. W końcu biegam, ćwiczę, staram się nie jeść słodko, tłusto i bez sensu… ???? Działa!

IMG_4035

Kto jeszcze nie był w gdańskim FORUM, niech wybierze się w wolnej chwili. Nam bardzo podobał się dziedziniec i światło wpadające do głównego budynku. Znalazłyśmy też ścianę z ładną reklamą centrum, idealną do zdjęć Agaty.

Mam jedynie obawę, czy na jesień znów nie zaśpiewam:
„(…) róż, czerwień ust
.. i ust
perły przed wieprze
to wszytko pieprze

Tak mi się nie chce
tak bardzo nie chcę
lecz kiedyś jeszcze będę seksi (…)”

ZAbiegana Agata – obecnie w trakcie odwracania skutków ZA.

IMG_4110

Sukienka – EVERYDAYOFFICIAL, buty z szafy Agaty.